Koniec wieńczy dzieło, czyli kilka myśli o ukończonym patchworku.

Zabezpieczyłam koniec nitki i odcięłam ją. Koniec, nareszcie koniec!

Spojrzałam za zegar – była trzecia. Za jakąś godzinę powinnam wyjść z domu, żeby pojawić się na spotkaniu Patchworku Mazowieckiego. Na to spotkanie miałam przywieźć swój patchwork i przekazać go koleżankom jadącym do Poznania.

Zdążyłam niemal w ostatniej chwili

Najgorszym etapem każdego projektu jest dla mnie etap tuż końcowym terminem – niby to już końcówka, niby niewiele zostało, ale czas goni, a ja już zaczynam mieć mojego projektu serdecznie dosyć. W przypadku patchworków jest to jeszcze bardziej dotkliwe, bo wykańczanie patchworku odbywa się ręcznie, a ja szycia ręcznego szczerze nie znoszę.

Opisywałam już jak planowałam pracę nad patchworkiem jak szyłam poszczególne bloki, miałam zamiar opisać wrażenia po uszyciu topu, ale byłam zbyt zajęta pikowaniem i walką z maszyną aby to zrobić, więc teraz – kiedy patchwork jest już gotowy – czas na podsumowania całości.

Dzisiaj chciałam więc napisać kilka słów o tym, skąd wziął się pomysł na morski klimat patchworku, z czego jestem bardzo zadowolona, a co dało mi w kość oraz o tym, jakie są zalety i wady pracy nad JEDNYM projektem przez półtora miesiąca.

A – i jeszcze jedno. Patchwork otrzymał już oficjalną nazwę. Zamiast roboczego Sea Tales jest Pieśń o morzu.

Skąd w ogóle pomysł na morze i żaglowce?

Pisałam już, że zaczęło się od znalezienia zestawu niebieskich materiałów, ale to tylko część prawdy. Wszystko zaczęło się dużo wcześniej – jak byłam mała uwielbiałam książki o morskich podróżach (z „Podróżą Wędrowca do świtu” na czele) i marzyłam o tym, żeby kiedyś popłynąć w rejs.

Na to, by rzeczywiście znaleźć się na żaglówce musiałam nieco poczekać – jakieś kilka lat temu doszłam do rewolucyjnego wniosku, że spora część moich marzeń jest właściwie tylko kwestią chęci, czasu i ewentualnie pieniędzy i zaczęłam szukać możliwości, by marzenie o żegludze spełnić. Może niekoniecznie rzucając się na – nomen omen – głęboką wodę, może niekoniecznie od razu rejs po morzu, może zacząć od jakiegoś jeziora i krótkiego rejsu.

Okazja nadarzyła się podwójna – choć wtedy nie wiedziałam jeszcze o jej drugim dnie. Na pewnym spotkaniu ktoś reklamował się, że organizuje takie jednodniowe rejsy i że zaprasza wszystkich chętnych. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tym kimś jest mój przyszły mąż.

Trudno się zatem dziwić, że po tym wszystkim morskie motywy nabrały dla mnie nowego znaczenia.

Z czego jestem zadowolona, a co dało mi w kość.

Z szyciem topu (czyli tej wierzchniej, patchworkowej warstwy) było trochę tak, jak z moją suknią ślubną (jak już krążymy wokół tego tematu). Kiedy zakładałam ją podczas przymiarek miałam cały czas wrażenie, że niby fajnie, ale nie do końca. Ponieważ jednak wychodziłam z założenia, że najważniejszą decyzją, którą należy podjąć odnośnie własnego ślubu jest to, za kogo się wychodzi za mąż, nie ma co się za bardzo przejmować kiecką, w której spędzi się zaledwie kilka godzin. Nie szukałam więc dziury w całym i uznałam, że dobrze jest, jak jest. Kiedy jednak wszystkie elementy ślubnego outfitu – fryzura, kwiatki i radość na twarzy – pojawiły się razem, suknia nagle okazała się wyjątkowo ładna.

Podobnie było z patchworkiem – kiedy układałam obok siebie szyte kolejno bloki, dochodziłam do wniosku, że niby fajnie, ale to nie do końca jest ten efekt, który chciałam uzyskać. Gdy jednak zszyłam wszystko razem – okazało się, że jest dużo ładniej, niż się spodziewałam w trakcie. Mimo że materiały do bloków dobierałam na bieżąco – okazało się, że trzymanie się jednego zestawu się sprawdziło. Całość w moim przekonaniu była spójna, zrównoważona i… naprawdę ładna.

Udało się też to, że nie kupiłam żadnego materiału – wszystkie szmatki pochodziły z moich własnych zapasów. Musiałam jedynie kupić wypełnienie (to ta puszysta warstwa w środku), nici – na wszelki wypadek (wystarczyłyby te, co mam) i trochę igieł. Omal nie kupiłam też maszyny do szycia, ale o tym za chwilę.

Spodobał mi się też bardzo pomysł łączenia patchworku z haftem. Kiedyś bardzo lubiłam to robić, teraz więcej szyję, ale od czasu do czasu mam ochotę na taką zabawę z igłą i muliną. Mam nawet pewien pomysł na kolejny projekt łączący haft z patchworkiem, ale na razie to bardzo luźny pomysł.

Co mi dało w kość?

Najpierw pikowanie. Uwielbiam efekt, jaki daje pikowanie z wolnej ręki. Ale to nie jest takie łatwe. To znaczy – zasadnicza idea jest prosta – wyłącza się transport w maszynie i samodzielnie manewruje materiałem. Gdy jest to panel na kosmetyczkę – jest to bardzo przyjemne i relaksujące zajęcie. Gdy jest to płachta 80 na 80 centymetrów, z grubym wypełnieniem, pospinana szpilkami, które wbijają się w ręce w najmniej odpowiednim momencie, która nie do końca mieści się pod maszyną i znienacka strąca na podłogę pudełko ze szpilkami (na szczęście zamknięte) to manewrowanie tym jest naprawdę ciężką pracą.

Już na samym początku złamałam dwie igły (jedna była już trochę zużyta, więc uznałam, że ta się nie liczy), zerwałam nić jakieś dwieście razy i nie mogłam dojść do ładu z naprężeniem nici. Byłam bliska rozpaczy i wpadłam na pomysł, że może to jednak moja maszyna nie nadaje się do tego i że po dwudziestu latach można by pomyśleć o nowym sprzęcie. Już nawet zaczęłam oglądać jakie modele można brać pod uwagę, ale w międzyczasie byłam w Outlecie Tkanin po nici. Tam jedna z właścicielek natchnęła mnie nową nadzieją mówiąc, że może po prostu za szybko i za gwałtownie tym patchworkiem manewruję i że do każdej maszyny trzeba znaleźć odpowiedni rytm i tempo.

Wydawało mi się wprawdzie, że pikuję w tempie ślimaka, ale postanowiłam spróbować robić to w tempie ślimaka, który rozpoczął życie w rytmie „slow”. I okazało się, że poszło – takie tempo plus odpowiednie układanie patchworku pozwala mi szyć płynnie i nie zrywać nici tak często. Po pewnym czasie nabrałam nieco wprawy i nawet zaczęłam przyspieszać. Skutkiem ubocznym tych wysiłków był jednak ból pleców i ramion, który mi towarzyszył podczas szycia. Nawet nie wiedziałam, że pikowanie wymaga angażowania tylu mięśni.

Pikowanie dało mi w kość, ale pod koniec szło już całkiem sprawnie i przyjemnie. Na tyle przyjemnie, że bez obaw myślę o pikowaniu jakiegoś następnego patchworku.

Kolejną sprawą, która dała mi w kość była cała wykończeniówka – przyszywanie lamówki ręcznie od spodu, doszywanie tunelu do powieszenia patchworku i – absolutny horror – zabezpieczanie końców nici po pikowaniu. Jak się nić zerwie dwieście razy, to się ma czterysta (tak, to nie pomyłka – czterysta, bo mamy górną i dolną nić) końcówek nici. Ratował mnie Netflix.

Niemniej jednak, to co daje w kość, jest jednocześnie motywacją do tego, by następnym razem zrobić coś sprawniej. Na przykład – być może – trzeba kupić nowe igły do szycia ręcznego, zaplanować więcej czasu na to wszystko i przeprosić się z naparstkiem. Po tych kilometrach szycia i przebijania się przez gruby i sztywny patchwork zrozumiałam po co go wymyślili.

Szycie jednego projektu

Absolutną nowością było dla mnie poświęcenie półtora miesiąca na pracę nad jednym – JEDNYM – projektem. Zazwyczaj jest tak, że szyję kilka rzeczy naraz, ciągle rozgrzebuję jakieś nowe pomysły i szycie czegokolwiek zabiera mi mnóstwo czasu. Tu nie było takiej możliwości – wiedziałam, że jeśli chcę zdążyć na wystawę do Poznania (a bardzo chciałam) to muszę się sprężać. Pod koniec grudnia, kiedy zakończyłam szycie prezentów świątecznych zabrałam się za pierwsze hafty i od tej pory aż do 20 lutego szyłam tylko to.

Jakie są zalety takiego szycia?

Przede wszystkim to, że się ten projekt kończy. Nie ma rozpraszania się na inne sprawy, nie ma „nie chce mi się tego teraz szyć”, nie ma myślenia o innych projektach, nie ma ciągnięcia wielu srok za ogon – i wreszcie – nie ma uczucia przytłoczenia.

Kiedy robię wiele rzeczy naraz – bez względu na to, czy dotyczy to szycia, czy jakiejkolwiek innej dziedziny – cały czas mam wrażenie, że coś zaniedbuję, o czymś zapominam, coś powinnam była zrobić już dawno. Przez ten ostatni miesiąc – nie było nic z tych rzeczy.

Owszem – miałam świadomość, że skrojone części koszulki dla synka leżą i czekają, że na półce w kolejce czekają inne materiały – niektóre już z konkretnym przeznaczeniem, ale te myśli nie były tak natarczywe. Było absolutnie jasne, że morski patchwork ma pierwszeństwo.

A czy są jakieś wady takiego podejścia?

Jedna i zasadnicza – brak urozmaicenia. Nie jestem w stanie zbyt długo robić tego samego – po pewnym czasie mi się to nudzi i potrzebuję zmiany. Nie jestem w stanie siedzieć kilku godzin przy maszynie – po dłuższym szyciu z przyjemnością wracam do swojej pracy zawodowej i na odwrót. Ratowało mnie to, że na szycie patchworku składa się kilka – zupełnie różnych czynności i co jakiś czas następowała zmiana. Niemniej jednak bardzo brakowało mi przerywników i urozmaicenia w tej pracy. Z drugiej strony to właśnie te przerywniki powodują, że ukończenie danego projektu odwleka się w nieskończoność. Trzeba się chyba będzie przekonać do pracy ciągiem nad jedną rzeczą.

foto: Joanna Szymczyk

Patchwork ukończony, co dalej?

Teraz chwilę pojeździ, bo po wystawie w Poznaniu, będzie wystawa w Warszawie.

Uszycie go dało mi dużą satysfakcję – w dużej mierze związaną także z tym, że sama to wszystko zaprojektowałam i końcowy efekt był taki, jak chciałam.

A teraz spokojnie wracam do szycia koszulek. Tam też mam zamiar podejść do tego odrobinę patchworkowo.

About the author

szycie_w_miedzyczasie

View all posts

2 komentarze

  • Patchwork piękny i tyle pracy nad nim. Podziwiam🤗😍 jakbyś mogla udostępnić do podziwiania szczegółowe zdjęcia dzieła z tymi haftami czyli z każdym blokiem osobno byłoby fajnie.jestem tego bardzo ciekawa😉

    • Bardzo dziękuję. 🙂 Pracy rzeczywiście sporo – głównie przez hafty. To one zajęły najwięcej czasu.
      Jak tylko wróci do mnie – zrobię zdjęcia szczegółów. Szyłam już tak na ostatnią chwilę, że ledwo zdążyłam zrobić zdjęcie całości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *