Kiedy dwa lata temu powróciłam do tańca flamenco, w pierwszej kolejności postanowiłam się nie przejmować niczym. To znaczy ani tym, że nie mam jeszcze odpowiednich butów, ani tym, że nie mam spódnicy, ani tym, że zazwyczaj uczę się wolniej niż bym chciała, ani tym, że nie jestem specjalną miłośniczką muzyki flamenco.
Na pierwsze zajęcia poszłam w zwykłych pantoflach na niewysokim obcasie, w zakupionej gdzieś w ciuchlandzie spódnicy z gatunku „ujdzie, ale szału nie ma” i z mocnym nastawieniem, że nie będę się przejmować, gdy coś mi nie będzie wychodzić.
Profesjonalne buty szybko okazały się koniecznym zakupem (w tych zwykłych okropnie bolały nogi), spódnicę w której kiedyś tańczyłam znalazłam w szafie (chciałam z niej kiedyś coś uszyć, ale na szczęście nie uszyłam), nauczycielka wcale nie oczekiwała błyskawicznej nauki, a jeśli chodzi o muzykę – ku mojemu zdumieniu okazało się, że teraz jest zdecydowanie więcej utworów, które mi się podobają.
Dodatkowo na pinterście pojawiła się nowa tablica o wiele mówiącej nazwie „flamenco” na której zapisywałam pomysły na stroje, które mi się spodobały. A było ich wiele.
Miałam w planach uszycie spódnicy na pierwszy pokaz finałowy, ale ponieważ zaczęłam o tym myśleć stosunkowo późno, pomysł skończył się tylko na uszyciu spódnicy próbnej – krótszej. Ostatecznie spódnicę na występ pożyczyłam i generalnie nie było źle, ale też nie do końca tak, jak bym chciała (spódnica była trochę za mała). Ale w obliczu tego, że miałam tańczyć na scenie (i się nie pomylić) to w sumie były drobiazgi.
W tym roku o szyciu spódnicy pomyślałam zdecydowanie wcześniej. Zwłaszcza, że tym razem oprócz odpowiedniego rozmiaru musiałam mieć również odpowiedni kolor – tańczyłyśmy z fanveilem – czyli z takim wachlarzem z doczepionym do niego jedwabnym materiałem. Mój wachlarz gładko przechodził od fioletu poprzez róż aż do pomarańczowego i strój miał być kontrastowy. Buty miałam czerwone (to temat na inną historię) więc po głębszym namyśle doszłam do wniosku, że jedyny kolor, który będzie z tym kontrastował i nie gryzł się z żadnym, oraz który będzie pasował do mnie to morski.
Najpierw trzeba było kupić materiał. Znalazłam jersey ITY w odpowiednim kolorze i stanęłam przed kluczowym pytaniem – ile go będę potrzebować? Spódnica miała być z sześciu klinów – wyliczyłam, że na szerokości materiału zmieszczą się dwa, a do tego miała być cała masa falban. Wiedziałam, że falbany robi się wycinając takiego ślimaka, ale nie wiedziałam, jak duży musi być ten ślimak, żeby otrzymać falbanę o odpowiedniej długości. Zaczęłam więc szukać jakiś informacji, jak to obliczyć. Znalazłam nawet krzywą matematyczną, która wydawała się być odpowiednia, ale kiedy stanęłam przed koniecznością liczenia całki krzywoliniowej stwierdziłam, że chyba coś jednak robię nie tak. Nie mam nic przeciwko całkom krzywoliniowym (chociaż wolę skierowane, a ta byłaby nieskierowana), ale mam jednak wrażenie, że większość krawcowych niekoniecznie ma wykształcenie matematyczne, a jakoś sobie radzą.
W końcu w lekkiej desperacji zapytałam sztuczną inteligencję. Po podaniu liczby klinów, ich wymiarów, długości falban itp. dowiedziałam się, że potrzebne mi będzie cztery i pół metra materiału. Na wszelki wypadek kupiłam o metr więcej (nigdy do końca nie ufam sztucznej inteligencji).

Materiał przyszedł szybko. Jeszcze w paczkomacie rozerwałam opakowanie, bo kupowanie przez internet jest bardzo wygodne, ale nigdy nie ma się pewności, czy kolor, który widać na ekranie to ten rzeczywisty.
Kolor był idealny.
Dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłam.
Zachwycałam się nim przez dobre kilka dni nie śmiąc nawet tknąć materiału nożyczkami, aż pewnego dnia, podczas rozmowy o strojach na występ nasza nauczycielka powiedziała:
– To przynieście za tydzień to, co macie.
A ja miałam na razie jedynie pięć i pół metra materiału oraz sześć szpulek nici – cztery w kolorze morskim i dwie w kolorze ogniście pomarańczowym – na wykończenie brzegu.
Zabrałam się więc ostro do pracy.
Najpierw przygotowałam szablon klinu. Początkowo kliny miały być tworzone na bazie spódnicy podstawowej, ale potem doszłam do wniosku, że to nie ma sensu – na materiale nie dało się niczym rysować, więc musiałam ciąć bezpośrednio, więc cięcie nie miało szans być precyzyjne, poza tym był tak elastyczny, że nie trzeba się było martwić o szczegóły. Zrobiłam więc klin w kształcie trapezu, który mniej więcej w okolicy kolan się rozszerzał, a potem kończył łukiem.
Potem uszyłam spódnicę próbną – a właściwie jej początek. Z innego materiału uszyłam krótszą spódnicę na bazie klinów do tej właściwej. Chciałam zobaczyć, czy będzie dobrze leżeć na biodrach. Leżała bardzo dobrze. Tego wieczoru, kiedy dzieci już poszły spać rozłożyłam na podłodze materiał właściwy i – w nieco uroczystym nastroju – zaczęłam ciąć.
Potem poszło szybko – zszyłam kliny, okazało się, że spódnica wyszła jednak szersza niż myślałam, próbowałam ją nieco zwęzić, niewiele to pomogło więc machnęłam ręką, doszyłam falbanę na dole i ponieważ zostało mi jeszcze sporo materiału (zrezygnowałam z części falban, bo bałam się, że materiał nie dźwignie ich ciężaru) postanowiłam, że od razu uszyję sobie bluzkę do kompletu.

Ale – żeby nie było tak łatwo – zamarzyła mi się bluzka z koronkowymi rękawami, tym bardziej, że w swoich zapasach miałam idealnie pasująca elastyczną koronkę.
Skroiłam więc przód i tył (przynajmniej tak na początku myślałam) bluzki, zszyłam boki i ramiona i jak przymierzyłam, to trochę mój zapał ostygł. Wszystko razem nie do końca dało taki efekt, jak chciałam. Nie było źle – o nie. Spódnica była cudownie szeroka, wszystko było w pięknym kolorze, ale całość bardziej przypominało sukienkę królewny, niż tancerki flamenco.
Po tylu latach szycia już wiem, że nie należy oceniać projektu w trakcie. Nawet nie należy oceniać go od razu po uszyciu. Trzeba mu dać czas. Ale tu – powiem szczerze – lekko spanikowałam.
Na szczęście to był wtorek.
Dlaczego „na szczęście”? Dlatego, że tylko dwa dni dzieliły mnie od kolejnych zajęć z flamenco a bardzo potrzebowałam świeżego (i fachowego) spojrzenia na to, co uszyłam. I żeby ostatecznie rozstrzygnąć, czy do tego stroju mam dołożyć koronę, czy peinetę.
Dodatkowo – kiedy próbowałam się zorientować, gdzie bluzka ma przód a gdzie tył, okazało się, że wycięłam jednak dwa razy przód, ale po namyśle postanowiłam tego nie poprawiać, bo bluzka leżała nieźle, a jersey ITY jest tak elastyczny, że wiele błędów krawieckich można tym zamaskować.
Po zajęciach – podbudowana pozytywnymi opiniami – zabrałam się za dalszą pracę.
Doszyłam pas do spódnicy i koronkowe rękawy do bluzki. Przetestowałam, czy rękawy nie ciągną bluzki zbytnio do góry przy energicznym podnoszeniu rąk (to dość kluczowe w tańcu flamenco) i po pozytywnym wyniku tych testów doszyłam do rękawów podwójne falbany – na wierzchu był jersey, pod spodem – reszta koronki.

Potem wszyłam lamówkę do dekoltu i tu znów miałam moment kryzysu – dekolt wyszedł za mały. Chwilę się wahałam, ale stwierdziłam, że jak się waham, czy pruć, to znaczy, że trzeba pruć. Odprułam lamówkę – okazało się, że była po prostu za krótka – powiększyłam lekko dekolt i wszyłam nową. A żeby było ładnie i starannie, to całość najpierw przyfastrygowałam. I – mówiąc krótko – było warto.

Potem przestawiłam overlocka na mereżkę. I zaczęłam ustawiać naprężenie nici. Z pomocą chata GPT, któremu szczegółowo opisywałam, co się dzieje („materiał się za mało falbani”) w końcu udało mi się ustawić wszystko tak, żeby zadziałało. Najpierw wykończyłam brzegi rękawów na niebiesko, a potem zmieniłam nici na pomarańczowe. Tu overlock ogłosił bunt, zrywał nici, przestawał wiązać ścieg, doprowadził mnie – może nie na skraj rozpaczy – ale zaczęłam żałować, że sobie wymyśliłam tą pomarańczową krawędź.
Tego dnia jechaliśmy na podwieczorek do mojej mamy, więc po zjedzeniu absolutnie nieprzyzwoitej ilości jeszcze bardziej nieprzyzwoicie pysznego jedzenia, z nowymi siłami i mocnym przekonaniem, że zwyciężę w tej nierównej walce siadłam znowu do overlocka. Przestawiłam go na normalny ścieg, nawlokłam nici wreszcie tak, że przestały się zrywać i przestawiłam z powrotem na mereżkę. Nawet chat GPT był pod wrażeniem. Gdzieś w okolicach północy kończyłam obszywanie tej kilometrowej falbany (no dobrze, z tym kilometrem to przesada, ale dół miał pięć metrów obwodu, a falbana była – rzecz jasna – jeszcze dłuższa).
Strój był gotowy.
Próbę generalną miał na następnych zajęciach – ostatnich przed występem. Nadal nie byłam do końca pewna, czy bardziej wyglądam jak królewna, czy tancerka flamenco, ale po dodaniu chusty z frędzlami szala przechyliła się jednak w stronę tancerki.
Trudno mi opisać satysfakcję, jaką miałam ubierając się na występ. W dodatku doskonale wiedziałam, że nie muszę się martwić, że coś się odpruje, czy pogniecie albo, że na coś trzeba uważać. Miałam pewność, że wszystko jest uszyte porządnie i nie będzie żadnych niespodzianek.

Kilka dni po występie stwierdziłam, że czuję jakąś dziwną pustkę. Przez ostatnie tygodnie strój na występ był priorytetowym – i mocno wymagającym projektem. Walka z metrami śliskiego i bardzo rozciągliwego materiału nie była łatwa. Nie wszystko wychodziło tak, jak sobie wymyśliłam, ale końcowy efekt bardzo mi się podobał. Było to doświadczenie, które z jednej strony uświadomiło mi jak wiele jeszcze muszę się nauczyć, ale jednocześnie pokazało, że to, co umiem pozwala mimo wszystko stworzyć coś naprawdę fajnego. Nawet jeśli tu i ówdzie są pewne niedociągnięcia.
Okazało się również, że choć takie wymagające projekty budzą pewne obawy (co będzie, jak zmarnuję materiał???), to jednak potrzebuję takich kreatywnych wyzwań. Szycie kolejnych t-shirtów dla dzieci jest przyjemne (i robię to coraz szybciej), ale od czasu do czasu muszę uszyć coś, przy czym nie będę do końca pewna, co z tego wyjdzie, czy się uda i czy moja wizja sprawdzi się w praktyce.
Dlatego nie czekając na przyszłoroczny występ zabrałam się za kolejne wyzwanie i zaczęłam szyć letnią sukienkę z… tkaniny. Ale to temat na kolejną opowieść.

PS: Wszystkie zdjęcia na których jestem ja są autorstwa Pagal Creative