Menu
szycie-w-miedzyczasie.pl
  • Strona główna
  • O szyciu i życiu
  • Filozoficznie
  • Zwariowana mama
  • Radosna twórczość
  • Sposób na…
szycie-w-miedzyczasie.pl

Jerseyowa odyseja. Część 1 – porządki

Napisano dnia 13 lipca 202410 lipca 2024

Jerseyowa odyseja to seria postów, którą mam zamiar sukcesywnie pisać. Będę w niej opowiadać o tym, jak idzie mi zmniejszanie zapasów materiałów i kto wygrywa z tej nierównej walce – ja, czy materiały (mają zdecydowaną przewagę liczebną).

– Czy ja mówiłam, że nie jest ze mną tak źle..? – powiedziałam do siebie patrząc w zamyśleniu na leżące na podłodze materiały.

Jakiś czas temu oglądając filmiki na youtube zawędrowałam w takie zakątki, w których ludzie publikują filmy rejestrujące porządki w ich szyciowych pracowniach. O rety – pomyślałam sobie wtedy – nie jest ze mną najgorzej – inni mają jeszcze więcej materiałów!

To przekonanie mocno się zachwiało w momencie, gdy sama zaczęłam robić porządki z materiałami i wyrzuciłam wszystkie na środek pokoju. Góra materiałów zajęła praktycznie CAŁĄ podłogę, a ja musiałam przechodzić po meblach, żeby dostać się do biurka.

Nieco przerażona tym widokiem powzięłam kilka postanowień.

Po pierwsze postanowiłam wstrzymać się na jakiś czas z zakupami materiałów. Miałam przed oczami namacalny dowód na to, że w razie czego jestem w stanie szybko zgromadzić niezłą kolekcję.

Po drugie – postanowiłam zwiększyć wysiłki w celu szeroko rozumianego zużycia dużej części tej kolekcji.

Po trzecie postanowiłam porzucić obawy i wreszcie uszyć te wszystkie rzeczy, które planowałam.

Zawsze się bałam – szczególnie jeśli chodziło o ubrania – że coś nie wyjdzie i zmarnuję materiał. Ale przy tej ilości, jaka piętrzyła się przede mną na podłodze zmarnowanie kawałka było najmniejszym problemem.

Po czwarte…

Wszystkie filmy o sprzątaniu szyciowych pracowni miały jeden wspólny element – pozbywanie się sporej części kolekcji. To budziło zawsze we mnie wewnętrzny sprzeciw. Nie dlatego, że w ogóle nie lubię pozbywać się rzeczy – wręcz przeciwnie, staram się co i rusz wyprowadzać w świat te rzeczy, które już nie są nam potrzebne, ale tu chodziło o materiały… Tu nie ma „niepotrzebne”… Tu zawsze przecież w końcu znajdzie się jakiś projekt, jakiś pomysł…

No tak – pomyślałam sobie patrząc na grubą dresówkę w jakieś czarne maziaje. Może i się znajdzie… Ale czy warto? Czy życie nie jest zbyt krótkie, by ten cenny czas tracić na szycie z materiałów, które nie budzą mojego entuzjazmu? Bo ta szara dresówka zdecydowanie nie budziła.

Jeśli nie mam ochoty niczego z tego uszyć dla siebie, jeśli nie nadaje się to na ubrania dla dzieci (a nie nadawało się, bo syn uznałby ten materiał za zbyt dziewczyński, a córci wcale nie chciałam ubierać w szaro-czarne ciuszki), jeśli nie jest to tkanina, którą mogę użyć w patchworku – to w zasadzie… po co?

Takich materiałów ostatecznie uzbierałam trzy pudła. Przy żadnym nie zadrżała mi ręka, gdy wrzucałam go do pudła „do oddania”. Co więcej – poczułam pewnego rodzaju ulgę, że nie muszę na siłę wymyślać jakiegoś projektu.

I zawsze mnie to zaskakuje, gdy zabieram się za sortowanie jakiej kategorii rzeczy – że zawsze znajdzie się coś, co mogę oddać czy wyrzucić bez najmniejszego żalu.

Nawet jeśli chodzi o materiały.

Zawsze – nawet w przypadku materiałów – okazuje się, że nie wszystkie zakupy były udane. Coś, co dobrze wyglądało na zdjęciach, w rzeczywistości okazało się nieco inne. Że czasem niektóre rzeczy trafiły do mnie przypadkiem – jako gratis do zakupów, jako część zestawu. Wreszcie – że na przestrzeni lat zmieniły mi się upodobania, a także świadomość z czego lubię szyć, a co zupełnie mi się nie sprawdza.

Ale – uzbierać pudła do oddania – to jedno, a fizycznie ich się pozbyć – to drugie.

Nie rozważałam sprzedaży – to za dużo roboty. Trzeba wszystko pomierzyć, dokładnie sfotografować, wystawić na jakiejś grupie sprzedażowej, potem pilnować, żeby odpisywać na wiadomości, ustalać za każdym razem koszty przesyłki i tak dalej. W dodatku nie wszyscy kupujący są chętni do szybkiego zakończenia transakcji – zadają pytania, potem nie reagują na odpowiedzi – zdecydowanie nie miałam ochoty na takie zabawy.

A i dotychczasowe doświadczenia pokazywały też, że rzadko kiedy sprzedawałam materiały, które cieszyły się zainteresowaniem innych. Zysk nie był powalający.

Zaczęłam więc od grupy zajmującej się szyciem dla dzieci w szpitalach. Podzieliłam materiały na trzy części – dzianiny, tkaniny bawełniane i inne. Na dwie pierwsze niemal od razu znalazły się chętne panie, trzecia – jak przypuszczałam – została. Wtedy przypomniałam sobie o koleżance, która kiedyś deklarowała, że chętnie do swojej pracowni przyjmie wszystkie niepotrzebne materiały i upewniwszy się, że to nadal aktualne – zapakowałam całą resztę i wysłałam.

Początek całkiem niezły – pomyślałam. Te trzy pudła to wprawdzie kropla w morzu, ale zawsze to o trzy pudła mniej do upchnięcia na półkach, zawsze to o trzy pudła bliżej do uporządkowanego i nie nazbyt dużego zapasu materiałów. I co najważniejsze – pozbyłam się tego, z czego ja nie miałam ochoty szyć, a co komuś innemu mogło się przydać.

I gdybym się miała pokusić o kilka wskazówek – jak pozbyć się części materiałów ze swoich zapasów, to byłyby one następujące:

Po pierwsze trzeba się odpowiednio nastawić psychicznie i dać sobie czas. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Niekiedy musi trochę czasu minąć zanim dotrze do nas, że wprawdzie ten materiał nam się podobał, ale to było jednak dziesięć lat temu i od tego czasu gust nam się trochę zmienił, albo że na ten materiał od tych dziesięciu lat nie mamy pomysłu i nie zanosi się na to, by ten pomysł się pojawił.

Po drugie – początkowo rozdzielam materiały – czy cokolwiek innego – na trzy grupy. Takie, które koniecznie chcę zatrzymać, takie których nie chcę i takie, co do których się waham. Czasem widok tego, co koniecznie chcę zatrzymać, ułatwia mi decyzję w przypadkach, w których się wahałam. Gdy jednak nie mogę się zdecydować przez dłuższy czas – zatrzymuję. Jeśli ten materiał leżał u mnie na półce przez kilka lat, to nic się nie stanie jeśli poleży jeszcze trochę. A może gdy za jakiś czas znowu na niego natrafię to albo znajdę dla niego zastosowanie, albo – tym razem już bez wahania – oddam.

Po trzecie – o wiele łatwiej jest się czegoś pozbyć, gdy ma się to komuś konkretnemu oddać. Dlatego warto mieć oczy i uszy szeroko otwarte – co i rusz ktoś się ogłasza na przykład facebooku, że potrzebuje materiałów do świetlicy, na zajęcia z dziećmi, czy na jakiś kiermasz. Są grupy skupiające ludzi, którzy szyją czy tworzą różne rzeczy charytatywnie. Bardzo często, jak chcę coś oddać – znajduje się ktoś, kto właśnie czegoś takiego szuka. Kiedyś robiłam porządki w swoich akcesoriach i materiałach scrapowych i uzbierałam całe pudło różnych rzeczy, które zupełnie nie pasowały do tego, co lubię robić. Zanim zmobilizowałam się, by poszukać jakiejś instytucji której mogłabym to przekazać, na scrapowej grupie odezwała się dziewczyna, która prowadzi zajęcia z dzieciakami i szuka różnych resztek i niepotrzebnych rzeczy.

Po czwarte – trzeba pamiętać, że najtrudniejsze są początki. Potem jest łatwiej. Potem zaczynamy doceniać luz na półkach, uwalniamy się od wiszących nad głową wyrzutów sumienia (bo przecież każdy taki materiał, na który nie mamy pomysłu i który nie budzi w nas ekscytacji to jak taki wyrzut sumienia – że jest, że leży i marnuje się i on, i miejsce na półce).

Po piąte – trzeba patrzeć realistycznie. Jeśli z danego materiału nie mam ochoty szyć nic dla siebie, jeśli nie nadaje się ani dla dzieciaków, ani dla męża, ani dla nikogo, dla kogo zdarza mi się coś uszyć – to naprawdę lepiej go oddać komuś innemu niż wymyślać coś na siłę. Nawet jeśli obiektywnie materiał jest ładny.

I tak – warto co jakiś czas robić taki przegląd materiałów. Można odkryć prawdziwe skarby, a można też zorientować się, że sporo miejsca zajmują materiały, z których wcale nie mamy ochoty szyć.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

©2026 szycie-w-miedzyczasie.pl | Powered by SuperbThemes & WordPress