Wrześniowe o szyciu i życiu

Lubię jesień. Lubię zapał do pracy, który mam po powrocie z wakacji i powrót do codziennej rutyny. Ewentualna plucha za oknem mi nie przeszkadza. W ogóle od czasu, gdy byłam na spływie kajakowym gdzie nocowaliśmy w namiotach i przez cały tydzień lało – deszcz mi w ogóle nie przeszkadza. Jeśli tylko mam przed sobą perspektywę noclegu w suchym miejscu i możliwość wysuszenia ubrań – naprawdę nie ma na co narzekać.

Co się działo we wrześniu?

Wrzesień upłynął mi pod znakiem Bardzo Ważnego Egzaminu. Uczyłam się do niego długo – tak długo, że już przestałam wierzyć w to, że kiedyś to się skończy. A jednak skończyło się – egzamin zdałam i mogłam wrócić do życia.

Nawet przeziębienie, które dopadło mnie zaraz po egzaminie nie mogło wytrącić mnie z przekonania, że „teraz wreszcie mogę robić to, na co mam ochotę!”

Oczywiście to nie jest tak, że nie mam żadnych zadań przed sobą, ale pozbycie się przerażającego egzaminu i równie przerażających wyrzutów sumienia, że za mało się uczę przyniosło ogromną ulgę.

Co jakiś czas jeszcze przyłapuję się na patrzeniu na książki i myśli, że mogłabym coś przeczytać albo rozwiązać jakieś zadanie, ale zaraz sobie przypominam, że już nie muszę. I to jest bardzo miłe uczucie.

Mąż też odetchnął z ulgą i co jakiś czas powtarza, że czuje się jakby mu ktoś podmienił żonę, bo przedegzaminacyjny stres i presja powodowały, że byłam cokolwiek nerwowa.

W tym miesiącu po raz pierwszy zrobiłam listę zadań na cały miesiąc. Zrealizowałam z niej niewiele – najpierw nie było czasu bo egzamin, potem nie miałam sił, bo byłam przeziębiona, a potem doszłam do wniosku, że trzeba to jeszcze przemyśleć. I z jednej strony – niby zrobiłam niewiele, ale ponieważ zrealizowałam najważniejszy punkt (egzamin!!!), to mam poczucie, że wrzesień był miesiącem w którym dużo się działo. To jednocześnie pokazuje, że realizację planu warto zaczynać od kluczowego elementu.

Co uszyłam?

Pierwszy raz od bardzo długiego czasu mogłam wreszcie szyć bez wyrzutów sumienia, że „zużywam” czas, który mogłabym poświęcić na naukę. Nie znaczy to wcale, że siedziałam całymi dniami i szyłam – życie składa się z jeszcze paru elementów, w dodatku spora część z nich też jest ciekawa, niemniej jednak we wrześniu – wreszcie – mogę się czymś pochwalić.

W jednej z grup na facebooku ktoś poprosił o jakieś fanty na charytatywną licytację. A czemużby nie? – pomyślałam sobie – w końcu MAM TERAZ CZAS!!! I uszyłam trzy kosmetyczki. Kosmetyczki są z czarnego dżinsu, mają aplikacje przeszyte z wolnej ręki, a w środku podszewkę.

Wyszły – według mnie – bardzo ładnie. Mam nadzieję, że sprzedadzą się drogo, a nowym właścicielom będą przypominać o tym, że dobro powraca.

Udało mi się też dotrzeć na spotkanie Patchworku Mazowieckiego (zdecydowanie wolałam nazwę „patchworkowe darcie pierza”, ale cóż… ) Mocno się wahałam, bo było to tuż przed egzaminem, ale mąż w końcu nie wytrzymał i kazał mi iść, żeby się trochę rozerwać (mówiłam już, że podobno byłam strasznie nieznośna przed egzaminem?). Tak więc poszłam i faktycznie dobrze mi to zrobiło. Tego dnia odbywały się warsztaty na których uczyłyśmy się nowej techniki szycia patchworku. Technika bardzo prosta – przypominała mi szycie „znikającej dziewięciołatki”, tylko mniej symetrycznie. Wybierając materiały zastanawiałam się, czy wziąć takie do ćwiczeń, czy może takie, żeby rwały oczy. Zdecydowałam się na to drugie i nie żałowałam – patchwork wyszedł piękny, a raczej wyjdzie, gdy zszyję go do końca i przepikuję. Z wolnej ręki oczywiście.

Zgodnie z wakacyjnymi zapowiedziami zapisałam się też do internetowej akademii szycia. Odczucia mam na razie mieszane. Nie do końca ogarnęłam zasadę na jakiej to działa – są jakieś edycje do których chyba dostaje się dostęp w kolejnych miesiącach, są pliki, filmiki i mam wrażenie – pewien chaos. W pierwszej edycji są materiały o fastrydze oraz o jakimś sprytnym wszywaniu gumki w pasie z wykorzystaniem kieszeni. Na razie nie wiem, jak się szyje kieszeń i nie mam do czego jej doszywać. Ale być może taka jest idea by w każdej „edycji” były materiały dla zupełnie początkujących i bardziej zaawansowanych.

Z dużym zainteresowaniem przeczytałam tekst o pierwszym etapie konstruowania spódnicy z koła lub jego wycinków. Z dużym zainteresowaniem, bo ten temat – z racji matematyczno – fizycznych zainteresowań zawodowych jest mi dobrze znany. Po przeczytaniu zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam tworzyć materiałów pod hasłem „matematyka dla szyjących”. Mam wrażenie, że jest tu pewna luka, która mogłabym wypełnić.

Z drugiej strony filmik o szyciu kieszeni typu „kangur” był bardzo dobry – na jego podstawie uszyłam próbkę takiej kieszeni i nie miałam żadnych wątpliwości co po kolei szyć. W dodatku pierwszy raz miałam wrażenie, że szyję zgodnie z regułami sztuki, a nie kombinując po swojemu.

Nie wiem, czy odnajdę się w tym chaosie, ale ponieważ abonament jest stosunkowo niewielki, jest spora szansa, że nauczę się szycia poszczególnych elementów ubrania, jestem mocno zmotywowana do nauki, więc na razie będę brać w tym udział.

Co ugotowałam?

Zrealizowaliśmy pierwszy element z mojej listy pomysłów – kupiliśmy gofrownicę. Tego samego dnia, gdy mąż przytachał ją z paczkomatu, zrobiłam pierwsze gofry. Niniejszym okoliczni sprzedawcy gofrów właśnie stracili klientów. Okazuje się, że zrobienie pysznych gofrów jest naprawdę proste, a gdy zamiast mleka do ciasta dodałam jogurtu – wychodzą lepsze niż z budki z goframi.

Wrześniowe polecajki

  1. Jogurtowe gofry

To na razie najlepszy przepis na gofry jaki wypróbowałam. OK – najlepszy z dwóch przepisów, ale uważam, że gofry które z niego zrobiłam były lepsze niż te z budek nad morzem. Można je zjeść z dżemem, można z cukrem pudrem, a można być tak oryginalnym jak ja i zjeść je z szynką. Tak – z szynką też są dobre. One nie są wcale słodkie – tam jest tylko łyżeczka cukru.

2. Stołeczek dla synka do umywalki

Kupiliśmy takie coś w IKEI i przeżyliśmy szok. Okazało się, że nasz syn tylko na to czekał. Teraz, kiedy ma umyć ręce, wyjmuje stołeczek, wchodzi, odkręca wodę, moczy mydło, namydla ręce, myje je, spłukuje, zakręca wodę, schodzi i je wyciera ręcznikiem. Z niejasnych przyczyn nie chce tylko odstawiać stołeczka na miejsce. W dodatku cała ta procedura bardzo mu się podoba i traktuje to jako świetną zabawę. I teraz mały lifehack – kiedy po powrocie ze spaceru dziecko samodzielnie myje ręce mama może w tym czasie sama umyć ręce, przebrać się i dostawić zakupy do kuchni.

Wrzesień zakończony z przytupem, czas na październik. W październiku przybędzie mi obowiązków, ale po zdanym egzaminie nic nie jest mi straszne.

About the author

szycie_w_miedzyczasie

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *